04
października

 Bush zatrzymuje pomoc dla biednych dzieci!

Niemieckie media nie przechodzą obojętnie obok decyzji G.W. Busha dotyczącej weta w sprawie opłacenia przez rząd ubezpieczeń dzieciom z biednych rodzin. Podkreśla się, że właśnie w takiej sprawie po raz pierwszy od 2001 roku prezydent USA sięgnął po weto. Oficjalnym powodem dla, którego zdecydował się na taki kontrowersyjny krok jest zbyt wysoka cena: 35 miliardów dolarów.

Opinie komentatorów są na ogół zgodne. Ta decyzja może kosztować Republikanów utratę wielu głosów w kongresie po przyszłorocznych wyborach, gdyż większość mieszkańców Stanów Zjednoczonych popierała projekt, który jest częścią planu Demokratów. Senator Hilary Clinton deklaruje wprowadzenie powszechnych ubezpieczeń w razie zwycięstwa w wyborach. Trzeba jednak przyznać, że zauważone jest również, iż jest to spójna polityka Busha, który nie che zgodzić się na przekroczenie w budżecie 933 miliardów dolarów, a Demokratom zarzuca zbytnią rozrzutność.

Ta informacja doskonale obrazuje, że niemieckie media również nie wahają się przed sięgnięciem po pustą demagogię. Tagesschau stwierdza, że ubezpieczenie zdrowotne nie jest w USA obowiązkowe i 47 miliardów osób nie ma wykupionej polisy. Na nas europejczykach, w znacznie mniejszych krajach taka liczba wywołuje emocje. Spiegel jest już precyzyjniejszy w stwierdzeniu – „co szósty Amerykanin”. Jest to lepsze wyrażenie, ale oczywiście również mocniejsze niż np. bliższe prawdy 15 %. Tagesschau sięga również po wspaniały argument cytując Rahm Emanuela: „Dziś prezydent pokazał swoje prawdziwe priorytety: 700 miliardów na wojnę w Iraku i żadnych na opiekę zdrowotną dla dzieci z biednych rodzin“. Spiegel natomiast w tytule ogłasza: „Bush zatrzymuje pomoc dla biednych dzieci”.

Przykro patrzeć, jak wystarczy wspomnieć o biednych dzieciach, najlepiej jeszcze chorych, aby było to wystarczającym powodem do nałożenia kolejnego podatku. Zwiększenia roli państwa i kolejnego obciążenia dla wolnej gospodarki. Moim zdaniem jeśli spora grupa ludzi popiera bezinteresowną pomoc pewnej słabszej grupie społecznej, to nic nie stoi na przeszkodzie by wpłacić - na rzecz fundacji zajmującej się właśnie tym problemem - adekwatnej kwoty pieniężnej. Zgodnie z uznaniem jak bardzo trzeba pomagać, każdy może we własnym zakresie zdecydować. Dlaczego tak bardzo chcemy narzucać innym by pod przymusem również pomagali tym grupom społecznym. Chyba chodzi tu o komfort psychiczny. Zazwyczaj chcemy o sobie myśleć jako o pełnych empatii, ale z drugiej strony nie lubimy wydawać swoich pieniędzy. Lepiej się czujemy, gdy wmawiamy sobie, że państwo powinno zadbać o biedne, chore dzieci i nie widzimy jak nam z kieszeni wyciągają pieniądze. Albo mamy przynajmniej satysfakcję, że sąsiad też musiał zapłacić.

Marzy mi się dzień, w którym wszyscy zamiast domagać się zwiększenia nakładów na jakiś cel, sami udajemy się do odpowiedniej fundacji i wpłacamy zgodnie z uznaniem kwotę, którą należy (naszym zdaniem) wspomóc chore dzieci, lekarzy, pielęgniarki, górników, cyklistów…

Źródła:
http://www.spiegel.de
http://www.tagesschau.de

02
października

 Putinland.

O ile polskie media zdominowała tematyka wyborów między Bugiem a Odrą, o tyle uwaga Niemczech skupia się nieco bardziej na Wschód. Poza wyborami na Ukrainie, tematem dnia jest zapowiedź Putina o kandydowaniu z pierwszego miejsca „Jednej Rosji” do grudniowych wyborów rosyjskiej Dumy, a następnie w razie zwycięstwa po dobiegnięciu do końca prezydentury w marcu - objęcie stanowiska premiera.

Daniel Brössler w Sueddeutsche Zeitung rozpoczyna swój artykuł maksymą: „Wszędzie, gdzie panuje demokracja są również wybory, ale nie wszędzie gdzie są wybory rządzi demokracja.” Autor wyraża przekonanie, że rosyjskie media zadbają w najbliższych wyborach o dotychczasowych bywalców Kremla, by zdobyli aprobatę społeczeństwa. Zgodnie z konstytucją Władimir Putin nie może ubiegać się trzeci raz pod rząd o prezydenturę, jednak zapewne nie przeszkodzi to kontynuować dotychczasowego porządku. Obecny prezydent chce pozostać u władzy jako premier z namaszczonym przez siebie prezydentem, by w 2012 zgodnie z konstytucją powrócić na najwyższy urząd. W tej kwestii Rosyjska konstytucja nie pozostawia wątpliwości – najważniejszą i osobą w państwie posiadającą realną władzę jest prezydent. Jednak oczy Rosjan są zwrócone na Putina, a ręce wybiorą osobę, która będzie miała jego poparcie, dlatego zapewne będzie to „polityczny nikt” jak np. Viktor Subkow. Osoba która z góry skazana jest na ponowne ustąpienie miejsca dotychczasowemu wodzowi w 2012 roku.

Machina urzędnicza również dokłada swoje 3 kopiejki do walki o stabilność dotychczasowego układu mnożąc problemy podczas rejestracji i zgłoszeniach kandydatów z opozycyjnej „Innej Rosji”, której przewodniczy arcymistrz szachowy Garry Kasparow. Podczas nie zatwierdzonego przez rząd wiecu zostali zatrzymani przedstawiciele i sympatycy „Innej Rosji”. Opozycja mówi o 17 osobach, policja oświadcza, że było ich tylko 13. W Niemczech dominują komentarze, że Rosja nawiązuje do tradycji Carskiej. Silny wódz, jedna partia bez przeciwwagi, a demokracja tylko pozorna. Zamiast demokratycznej Rosji (czy to przypadkiem nie oksymoron) coraz klarowniej ma się wyłaniać Putinland.

Najbardziej zdumiewająca w całej historii jest dla mnie różnica w języku politycznym w Polsce i Niemczech. Opracowując temat w artykułach nie natknąłem się ani razu na słowa “układ” czy “sieć”, które w Polsce cisną się pod pióro niemal automatycznie. Być może wynika to z większej precyzji lub większego dystansu do wschodniego mocarstwa. Niemcy uważnie obserwują Rosję jako poważnego partnera handlowego stąd częściej można o niej przeczytać w tutejszej prasie. My chyba ciągle do Rosjan podchodzimy przede wszystkim emocjonalnie…

źródła:

http://www.faz.net

http://www.sueddeutsche.de

http://www.sueddeutsche.de

http://www.spiegel.de

31
maja

 Niemcy nadal lokomotywą Europejskiej koniunktury!

Frankfurter Allgemeine Zeitung triumfalnie donosi, że niemiecka gospodarka ciągle pozostaje lokomotywą koniunktury Europejskiej. Niech optymizm płynący z artykułu, mimo jak najgorszych przecież wróżb w kilkuletniej perspektywie, odda oryginalny diagram.

konjunkturprognose.JPG

Zgodnie z artykułem, Niemcy ciągle pozostaje lokomotywą koniunktury Europejskiej. Według najnowszych przewidywań OECD na najbliższe pół roku, gospodarkę niemiecką charakteryzował będzie silny wzrost PKB, spadek bezrobocia i wyczekiwany wzrost płac, a do tego inflacja nie będzie dotkliwa. Tylko w pierwszych 3 miesiącach realne PKB wzrosło o 0,5%, a w porównaniu do pierwszego kwartału 2006 o 3,3% (zgodnie z Niemieckimi Urzędem Statystycznym). Sprzyjająca koniunktura ma osiągnąć w tym roku szczyty, podobnie jak w całym Euro-landzie, który już ciągnie na najwyższych obrotach. 2,7% wzrostu ma on jednak zawdzięczać wzrostowi w Niemczech i Włoszech. Przytacza się słowa Jean-Philippe Cotis, którego rekomendacja na najbliższy czas jest jednoznaczna: “Oszczędzać, oszczędzać, oszczędzać.” Deficyt budżetowy w Niemczech w tym roku ma spaść do 1% PKB, a w przyszłym do 0,5% PKB. Optymistycznie są też krótkoterminowe prognozy poziomu bezrobocia, które w drugiej połowie roku przypuszczalnie spadnie z 8,1% do 6,9%, a w 2008 roku osiągnie około 6,3%. Szacunki na maj to 3,81 miliona bezrobotnych. Poza tym płace po raz pierwszy w tym tysiącleciu realnie wzrosną: 1,9% wobec 1,8% inflacji.

Ech, a to my narzekamy, że płace rosną powoli (najnowsze dane to o ok 8% rocznie przy inflacji porównywalnej do niemieckiej). Bezrobocie mamy co prawda jakieś 5% wyższe, ale i tak są większe braki siły roboczej w poszczególnych sektorach. A o wzroście PKB 6-7% to Niemcy mogą już tylko pomarzyć.

Dane makroekonomiczne swoje, a ja drugie wakacje z rzędu pojadę do Muenchen sprzątać. Jednak trzeba przyznać, że jeśli chodzi o motywy wyjazdu studentów do pracy na Zachód, coraz mniejsze znaczenie (chociaż ciągle ogromne) mają zarobki. Fakt przywiozę 3-4 razy więcej niż w Polsce dostałbym na rękę, ale nie tylko. Większość z nas naprawdę jedzie szkolić język, zobaczyć świat, zdobywać doświadczenie. Po drugim roku ekonomii czegoś ambitniejszego niż kasjer-sprzedawca na dwa miesiące w Polsce i tak nie dostanę, a przed semestrem na stypendium we Frankfurcie podszkolić język się przyda. Sprzeczne oceny wyjeżdżających studentów skłoniły mnie do refleksji. Często słyszę: „Teraz to młodzi mają ciężko. Żeby kupić mieszkanie, dorobić się, muszą wyjeżdżać, my przynajmniej mieszkanie i prace mieliśmy zapewnione”. Swoim dzieciom pewnie będziemy mówić: „Wy to macie ciężko, my mogliśmy przynajmniej wyjechać na Zachód i przywieźć większą gotówkę, a teraz i to już się nie opłaca…”

Więcej:

http://www.faz.net/

28
maja

 Współtwórca złego wizerunku Polski, pobity w Rosji.

Niemiecki deputowany - Volker Beck - lider partii Zielonych i zdeklarowany homoseksualista został, lekko powiedziawszy, źle przyjęty w Rosji.
Volker Beck
Volker Beck - fot. Stefan Kaminski

Gdy wraz z włoskimi przedstawicielami Parlamentu Europejskiego i lokalnymi homoseksualistami chciał w Moskwie złożyć petycję w obronie wolności zgromadzeń, został obrzucony jajkami i pomidorami, a następnie aresztowany przez policję. Beck przyjechał na niedzielną konferencję dotyczącą praw mniejszości homoseksualnej. Rok wcześniej w podobnych okolicznościach, podczas demonstracji homoseksualistów, która również była zabroniona, został pobity przed moskiewskim ratuszem. Niemieckie dzienniki donoszą, że mimo legalizacji homoseksualizmu w Rosji w 1993r., dyskryminacja tej grupy nadal jest problemem. Funkcjonariusze nie mieli skrupułów, aby najpierw pozwolić na starcie się demonstrantów z nacjonalistycznymi, komunistycznymi i ortodoksyjno-chrześcijańskimi aktywistami (cóż za zestawienie), a następnie brutalnie wkroczyć.

Nie chcę być złośliwy, ale to wydarzenie jest nam Polakom, a w szczególności eksporterom mięsa ewidentnie na rękę. Niemcy jako światły naród, świadomy praw mniejszości na pewno z oburzeniem przyjmie tą informację. Pozycja Putina w negocjacjach z UE w tej sytuacji się osłabia - nawet jeśli to tylko incydent dotyczący kontrowersyjnego polityka. Coraz trudniej będzie mu kontynuować politykę nierównego traktowania i przełamywania solidarności wewnątrz Unii. Beck wcześniej wielokrotnie podkreślał, że Polska jest również gniazdem homofobii. Na swojej stronie internetowej pisze o naszym ulubionym ministrze i jego próbach wprowadzenia do szkół zakazu uczenia o homoseksualizmie. Jednak w ubiegłym tygodniu w Polsce był, demonstrował i nikt go nie pobił…

więcej na stronach:

http://www.main-rheiner.de
http://www.welt.de/politik/
http://www.volkerbeck.de

27
maja

 Podatek od czerwonych latarnii.

Niemiecki rząd postanowił w końcu wziąć się za sex-biznes. Szacuje się, że społeczność prostytutek osiąga ponad 14,5 miliarda euro obrotu. Minister finansów Richard Reichel (SPD) chciałby z tego wycisnąć do budżetu państwa 1,4 miliarda. Prostytutki miałyby płacić ryczałt ok. 25 euro za dzień pracy. Wstępnie związkowe rządy wyraziły aprobatę dla takich zmian podatkowych. Reichel wylicza, że byłoby to ok 20% obrotu co nie jest dużo, nawet jeśli uwzględnimy, że 2/3 prostytutek osiąga obrót poniżej 2000 euro. Jednak odkrywczo stwierdza, że trudno wykonać dokładne szacunki ze względu na specyfikę branży. Co prawda większość zatrudnionych prostytutek płaci obecnie podatki, a burdelmamy dbają o księgowość i rzetelne rozliczenie z urzędem skarbowym, ale co najmniej połowa pracuje na własną rękę, nie odprowadzając ani centa. Takie klarowne ryczałtowe rozwiązanie miałoby, mimo wszystko, zmniejszyć skalę podstawowego problemu w tej branży – ściągalność. Trudno liczyć, że każdego klienta będą nabijać na kasę fiskalną prostytutki, pracujące we własnym mieszkaniu i na własną rękę. A tak wystarczy skontrolować ile dni taka prostytutka była w pracy. Nie mam pojęcia kto miałby to robić. Tym bardziej, że ewentualni kontrolerzy mogliby być podatni na łapówki „w naturze”… Ale nie krytykujmy, akurat w Niemczech może się udać. Tym bardziej, że jak wspominałem szacuje się, że połowa prostytutek już odprowadza podatki.

Ciekawostką jest, że te 1,4 miliarda możliwych wpływów do budżetu to na złotówki ok. 5,3 miliarda, a z 19% podatku Belki w Polsce spłynęło do budżetu w 2006 roku ok. 4 miliarda, co było ogłaszane z wielkim entuzjazmem (4 razy więcej niż pierwotnie zakładał budżet). Czyli nie mniej nie więcej tylko nasz rynek kapitałowy jest słabszy, niż ich wycinek sex-biznesu. W tym momencie nie wiem kto powinien się wstydzić – my czy oni? Ciekawe ile u nas wpłynęłoby do budżetu w przypadku legalizacji. Strzelam, że byłoby w sam raz na podwyżki dla lekarzy…

więcej o podatku na stronie:
http://www.welt.de/wirtschaft/

27
maja

 Od autora.

Witam!

Niewielka ilość blogów po polsku poświęcona wyłącznie tematyce bieżących wiadomości z Niemiec, skłoniła mnie do wypełnienia tej niszy. Mimo przeciętnego doświadczenia dziennikarskiego i nie najlepszej znajomości niemieckiego, postaram się zrobić coś ciekawego. Miejmy nadzieję, że na początek zapał wystarczy, a z czasem się rozwinę. Tym bardziej, że wkrótce na dłużej wybieram się do naszego sąsiada i przyjaciela zza zachodniej granicy (ironia celowa). Zachęcam szczególnie do krytycznych opinii.